20 listopada 2016

Rozdział V



Edit 17.03.2017 — potrzebuję odświeżyć sobie trochę mózg, więc Origin przechodzi póki co w stan spoczynku (nie porzucam, broń cię panie Boże, to wciąż moje ukochane dziecko i dzieuo szycia). Znajdziecie mnie tutaj, o tam zaraz dam linka, mam napisane trochę na zapas, więc są szanse, że będę regularnie publikować: Tonopah Kate (bo brakowało mi w  CV czegoś made in the USA).

Odkąd na początku czerwca ciotka Ethel i kuzynki na dobre wprowadziły się do Somersett House, Kitty znów przestała czuć się swobodnie we własnym domu. Ciężko było jej przyzwyczaić się do obecności kogoś, kogo w całym swoim siedemnastoletnim życiu widywała tylko przy wyjątkowych okazjach. O ciotce najwięcej przede wszystkim słyszała, głównie z ust taty, który najwyraźniej po prostu nie potrafił wyrażać się pozytywnie o żadnym z członków ich rodziny. Znała powód konfliktu między nim a wujem Johnem, ale do tej pory nie miała pojęcia, czemu tata tak bardzo nie znosił swojej jedynej siostry.
Nie wiedziała wtedy jeszcze, jakim charakterem została obdarzona Ethel Somersett, po mężu Teague, a kolejne tygodnie, spędzone w jej towarzystwie, utwierdziły Kitty w przekonaniu, że ciotka należała do tego typu kobiet, które bardzo lubiły głośno dzielić się własnym zdaniem z innymi. Gdyby tylko jeszcze czasem miały, tak dla odmiany, coś miłego do powiedzenia…
Już przy pierwszym spotkaniu po latach Kitty dowiedziała się, że w niczym nie przypominała ani swojej matki, ani, z czego akurat powinna się cieszyć, swojego ojca.
— Do nikogo nie jesteś podobna. No, może nos masz po babci Somersett, biedaczka, na stare lata zapomniała nawet własnego imienia.
Kitty, przyzwyczajona do roli czarnej owcy w rodzinie, wzruszyła wtedy ramionami i stwierdziła tylko, że nie widzi żadnego podobieństwa między swoim nosem, a nosem wspomnianej babci Somersett, która, uwieczniona na namalowanym dawno temu obrazie, kurzyła się na strychu wraz z portretami innych przodków — tata nienawidził obserwujących go ze starych ram krewnych i dawno temu kazał powynosić ich daleko od siebie.
Ciotce nie podobał się również stan, do jakiego został doprowadzony jej rodzinny dom. Nie omieszkała zwrócić uwagi na koszmarnie skrzypiące podłogi, poprzecierane dywany, niebezpiecznie chyboczące się żyrandole, ciężkie, zbierające kurz zasłony, wiszące smętnie w oknach i na służbę, która, jej zdaniem, kręciła się tylko bez celu pod nogami, nawet nie starając się udawać, że szukają sobie zajęcia. Wystarczyło, że spędziła w Somersett House jeden pełny dzień, a już zdążyła odprawić najmłodszą pokojówkę. Była bardzo zdziwiona, czemu Kitty nie zrobiła tego sama i o mało nie zemdlała, kiedy dowiedziała się, że jej bratanica po prostu nie zaprzątała sobie takimi głupstwami głowy.
— A więc możesz mi zdradzić, moja droga Katherine — ciotka nie miała zamiaru używać skrótu od rzekomo pięknego i klasycznego imienia Kitty — czym zaprzątasz sobie głowę?
Kitty nie znała odpowiedzi na jej pytanie. Rzeczywiście, niewiele robiła całymi dniami, ale jakoś nie potrafiła czuć się za to winna. Praktycznie rzecz biorąc to nawet nie był już jej dom, ona tylko mogła w nim jeszcze mieszkać, nie czuła się więc specjalnie odpowiedzialna za to, co się w nim działo. Prawda, lubiła go, pomimo wszystkich jego wad. Nie mogła go jednak kochać, sądziła, że zbyt dużo złego w nim doświadczyła, żeby mówić o tak silnych uczuciach, ale nigdy nie miała dla siebie żadnego innego miejsca. Somersett House był jej domem od zawsze, tu się urodziła, tu przeżyła siedemnaście lat i, kiedy się nad tym zastanawiała, zawsze dochodziła do wniosku, że, gdyby mogło ją tu spotkać jeszcze coś miłego, chciałaby w nim zostać.
Starała się ignorować władcze zapędy ciotki, która najwyraźniej uznała, że skoro już zjawiła się w rodzinnym domu, to przejęła również rolę jej opiekunki — nic z tego, że ledwo się znały, a sama Kitty niezbyt przejmowała się otrzymywanymi każdego dnia w zatrważających ilościach dobrymi radami Ethel.
Tata miał to do siebie, że Kitty spotykała się z nim przeważnie tylko przy posiłkach, a przez resztę czasu starała się nie wchodzić mu w drogę, miał więc zdecydowanie mniej okazji do czynienia uszczypliwych uwag pod jej adresem, niż panosząca się ciotka. Raz Kitty, choć później nie była z tego dumna, złapała się na myśleniu, że Ethel była naprawdę nieznośna ze swoim nieustannym paplaniem i narzekaniem. Krytykowała wszystko: Somersett House i służbę, swojego nieżyjącego brata, swojego żyjącego brata, swoją bratanicę i własne córki. Co ciekawe, nie widziała nic niewłaściwego we własnym zachowaniu.
— Czy ciocia nie uważa, że wystarczy mi dwa razy powtórzyć i zapamiętam, że okropnie wyglądam w tej spódnicy? — zapytała Kitty, kiedy Ethel osaczyła ją w bibliotece i trzeci raz w ciągu godziny zdążyła wspomnieć o jej fatalnym guście. Niewiele mogła poradzić na to, że noszenie żałoby uszczupliło jej i tak skromną garderobę.
— Nie uważam, bo zupełnie mnie nie słuchasz. Masz ją na sobie już drugi dzień, choć wczoraj też mówiłam, że nie powinnaś. Pogrubia cię. — Niewzruszona ciotka posłała Kitty pełne dezaprobaty spojrzenie, jednocześnie elegancko odginając mały palec na uchu filiżanki, kiedy pociągała łyk herbaty.
— Jest sierpień. Noszę to, co mam i w czym nie jest mi gorąco — odparła z nutą przekąsu w głosie Kitty i właśnie ta niewinna nuta sprawiła, że Ethel nie odzywała się do niej przez resztę dnia.
Nie miała pojęcia, jak długo ciotka zamierzała zostać w Somersett House, ale żywiła szczerą nadzieję, że przyjazd wuja odmieni jej nastawienie albo chociaż sprawi, że upatrzy sobie inną ofiarę.
Póki co musiała jednak jakoś wypełniać sobie pozostałe do wielkiego wydarzenia, uparcie wlokące się dni, które zdawały się płynąć jeszcze wolniej, odkąd otrzymała zawiadomienie o dacie przyjazdu. Starała się więc szukać sobie zajęcia albo choć stwarzać pozory, by nie zostać przypadkiem posądzoną przez Ethel o marnowanie całego bożego dnia. (Zupełnie jakby beznadziejne pogawędki z ciotką przy herbacie się do tego nie zaliczały.) Dużo czasu spędzała w ogrodzie, stąpając śladami pracującego w Somersett House od lat zaufanego ogrodnika, który ze szczególną uwagą doglądał rabat, pełnych zasadzonych lata temu, zgodnie z wolą matki Kitty, kwiatów. Zrywała je, na co wcześniej nie pozwalał tata, i codziennie przynosiła do domu nowy bukiet. Czasem wybierała się jeszcze na spacer rzadko uczęszczaną drogą, prowadzącą z Iver do sąsiedniej wsi i udawało jej się znaleźć wtedy trochę dzikiego rumianku, niebieskich niezapominajek albo biało-zielonej ozdobnej trawy, które tak bardzo lubiła.
Poza tym dokonała dokładnego przeglądu kolekcji książek, pozostawionej przez dziadka George’a Somersetta, którego nigdy nie miała okazji poznać. Wcześniej nawet nie wolno jej było patrzeć w stronę wysokich półek, zajmujących całą ścianę w bibliotece na piętrze — tata uważał, że Kitty była na większość z nich za głupia, czytała więc bardzo niewiele i, w konsekwencji, mając siedemnaście lat, rzeczywiście czuła się głupsza od wszystkich wokół.
Póki wątłe zdrowie Tannes, wraz z jej nadopiekuńczymi rodzicami i tym, co nazywano podstępnym letnim przeziębieniem, znowu nie pozwalały jej opuszczać łóżka, Kitty trochę brakowało towarzystwa kogoś poza ciotką i kuzynkami. Na Cormaca nagle po raz kolejny nie mogła liczyć — nie wiedziała, czy spotkał przypadkiem na schodach Ethel i powiedziała mu coś, co śmiertelnie go przestraszyło, czy może rzeczywiście mówił prawdę i był teraz naprawdę zajęty stawianiem się na każde wezwanie ojca, który kazał mu, dosłownie w tych słowach, zrobić z siebie wreszcie jakiś użytek i zająć się stosami papierów, pozostawionych przez Jacoba Somersetta, skoro i tak ktoś musiał zrobić w nich porządek przed przyjazdem jego brata.
Kitty nie zamierzała zaczynać się martwić o Cormaca, przynajmniej nie na poważnie, ale nie była aż taką ignorantką, żeby podczas tych przelotnych spotkań, kiedy zjawiał się na chwilę w Somersett House, żeby zabrać jeszcze jakiś ostatni zagubiony papier albo zaglądnąć do jeszcze ostatniej nieprzeszukanej szuflady, w której mogły znajdować się ważne dokumenty, nie zauważyć, że był jakiś nieswój. Właściwie to nawet miała wrażenie, że celowo unikał jej towarzystwa, a raz tak się przestraszył, kiedy po cichu weszła do biblioteki i stanęła mu za plecami, gdy siedział przy biurku jej ojca, że o mało nie spadł z krzesła, gdy ujawniła swoją obecność.
— Nigdy… więcej… mi tego… nie rób — poprosił, oddychając ciężko. Jedną dłoń przyłożył w okolice serca, a drugą zacisnął na wypolerowanym blacie mahoniowego biurka, ledwie widocznym spod sterty najróżniejszych papierów. Czasem zachowywał się, jakby przeżył już dwa razy tyle lat, ile miał, i w każdej chwili spodziewał się nagłej śmierci z powodu nadmiaru wrażeń.
— Nudzę się — odpowiedziała rozbawiona Kitty. — A ty ciągle tylko przerzucasz te śmieci i coś sobie skrobiesz w notatniku. Skoro już tu jesteś, mógłbyś się mną też zainteresować. Myślisz, że nie zauważyłam, że mnie unikasz? W moim domu? Znam każde tajne przejście między pokojami, nie wygrasz — dodała oskarżycielskim tonem, wymierzając palec w stronę wciąż dochodzącego do siebie Cormaca.
Skłamała oczywiście na temat tajnych przejść, przesadziła też, natrętnie domagając się uwagi, ale absolutnie nic nie mogła poradzić na to, że była jednocześnie znudzona, samotna i zestresowana. Dzień przyjazdu zbliżał się wielkimi krokami, a ona nie mogła spać po nocach, zastanawiając się, co będzie, kiedy wuj i kuzyn wreszcie zjawią się w Somersett House. Nerwy natomiast leczyła, objadając się swoimi ulubionymi cytrynowymi ciastkami z białym lukrem. Słodycze oczywiście pomagały również na nudę, choć tylko chwilowo. Ileż można było jeść, zanim zrobiło się niedobrze od nadmiaru cukru, ileż mogła też dla zabicia czasu spacerować po ogrodzie albo okolicach, udawać, że rozumiała cokolwiek z książek z biblioteczki dziadka czy też odpoczywać na kanapie. Ciotka Ethel potrafiła ją jedynie denerwować, kuzynki wolały wzajemne towarzystwo, na Tannes nie mogła jeszcze liczyć… Pozostał jej tylko Cormac. I nie miała zamiaru pozwolić, żeby dłużej ją ignorował.
— Nie unikam cię, Kitty. Jestem zajęty — odpowiedział tym swoim tonem poważnego urzędnika, wykonującego śmiertelnie ważne i śmiertelnie nudne zajęcie. Już chciał obrócić się z powrotem do biurka, kiedy Kitty porwała mu sprzed nosa dokument, nad którym właśnie pracował. — Nie utrudniaj mi życia, proszę, wystarczy, że w Londynie dostaję za swoje.
— Widać wszyscy ojcowie są tacy sami… — mruknęła Kitty, udając zainteresowanie porwaną kartką, z której treści, poza tym, że dotyczyła pieniędzy taty, niewiele rozumiała. Zostawił takich mnóstwo. — Przecież nie czułbyś się lepiej, gdybyś męczył się dalej na tych studiach, prawda?
Wiedziała, że rodzice i bracia Cormaca nie byli szczęśliwi, kiedy oznajmił, że kończy ze studiami prawniczymi. Zajmowali się tą branżą od pokoleń — siedzieli z nosami albo w prawie, albo w finansach, zarabiali na całkiem wygodne życie, pracując ciężko dla bogatych ludzi, żeby ci nie musieli kłopotać się pilnowaniem porządku w księgach rachunkowych albo martwić, że kiedy trzeba będzie załatwić coś ponad ich intelektualne siły, nie będą mieli pod ręką kompetentnego człowieka.
Cormac był sporo młodszy od swoich trzech dorosłych i aktywnych zawodowo braci, zrezygnowawszy ze studiów został więc jednogłośnie i dosadnie skrytykowany, a Kitty, która trochę wiedziała o mentalności inteligenckiej rodziny Hopetonów, domyślała się również, że pewnie do tej pory nie dawali mu spokoju. A biedny Cormac, który, jak twierdził, żył teraz z dnia na dzień i nie miał konkretnego pomysłu na to, co dalej, chciał dać sobie trochę czasu na porządne zastanowienie się. Został więc chłopcem na posyłki w służbie własnego ojca, który po śmierci swojego najważniejszego klienta, zdał sobie sprawę, ile umknęło mu przez lata współpracy i zupełnie nie był z tego powodu zadowolony.
Jacob Somersett narobił bałaganu i, co gorsza, był świetny w ukrywaniu tego bałaganu przed ludźmi, którym płacił za to, by, teoretycznie, pomagali jego uniknąć. Nie spodziewał się opuścić tego świata tak wcześnie, pozostawił więc po sobie mnóstwo niedokończonych spraw, często odbywających się w taki sposób, że tylko on o nich wiedział. Kitty od dawna miała świadomość, co ludzie, którzy kiedyś przyjaźnili się z ich rodziną, mówili o tacie, kiedy jeszcze żył. Że zdziwaczał po śmierci mamy, wszędzie węszył spisek, wydawało mu się, że wszyscy są przeciwko niemu i na stare lata zaczął marzyć, by osiągnąć poza Anglią taki sukces, jak jego straszy brat. Ktoś musiał teraz posprzątać po jego wielkich marzeniach.
— Nie wiem, jak bym się czuł. Nie zastanawiam się nad tym — odparł Cormac, wyrywając Kitty z chwilowego zamyślenia.
— A nad czym ty się w ogóle zastanawiasz? — zapytała, poirytowana jego wymijającymi odpowiedziami. Jeśli chciał się jej pozbyć, musiał bardziej się postarać. — Na Boga, dawno już nie widziałam, żebyś był taki… — urwała, szukając odpowiedniego słowa.
— Proszę, jaki?
— Zniechęcony! Znudzony! — zawołała. — Nie chcesz ze mną rozmawiać, coraz rzadziej się tu pojawiasz, a jeśli już jesteś, to zaraz cię nie ma. Jeśli boisz się mojej ciotki, to, przykro mi, nie jestem w stanie się jej pozbyć, choć, przysięgam, czasem mam ochotę zepchnąć ją ze schodów, ale tak tylko z paru ostatnich stopni, może nie żeby zrobiła sobie poważną krzywdę… Myślę, że wystarczyłoby, gdyby skręciła kostkę, musiałaby wtedy siedzieć w jednym pokoju i nie mogłaby mnie śledzić na każdym kroku…
Cormac roześmiał się i, wykorzystując chwilę nieuwagi Kitty, odebrał jej kartkę, którą właśnie skończyła wymachiwać przy okazji snucia planu unieszkodliwienia własnej ciotki.
Nie miała mu tego za złe, skoro już postanowił się uśmiechnąć. Nie cierpiała, kiedy paradował w jej towarzystwie z miną pokutnika. Rozumiała, że miał prawo być zarówno zniechęcony, jak i znudzony, ale on również musiał zrozumieć, że nie zamierzała tak po prostu stać i patrzeć. Interesowała się nim, powinien to docenić.
Wiedziała, że nie lubił skarżyć się na swój los. Właściwie to nigdy nie słyszała, żeby mówił o tym, co go trapiło — zawsze to Patrick mimochodem wspominał, że Cormac znowu był jakiś taki nieswój, przez co należało rozumieć, że miał nowy problem, najczęściej z ciągle porównującym go starszych braci albo samego siebie ojcem, lub tym, co czasem , oczywiście niby tylko w żartach, sam przyznawał: że nie miał pojęcia, co robił z własnym życiem. Pogubił się w tych wszystkich wymaganiach, którym kiedyś rozpaczliwie chciał sprostać.
W takich chwilach Kitty zaczynała myśleć, że jako dama z wyższych sfer naprawdę miała łatwiej. Nikt niczego od niej nie wymagał — ot, rodzina zgodnie uznała ją za zbyt głupią i brzydką, by mogła cokolwiek kiedykolwiek osiągnąć, pozostało jej więc tylko wyjść kiedyś za przyzwoicie urodzonego dżentelmena, mieć z nim gromadkę dzieci, stworzyć dużą i kochającą rodzinę, o której skrycie marzyła, i do końca życia polegać w każdej sprawie na mądrzejszym od siebie mężu. To nawet nie były wymagania, to była naturalna kolej rzeczy i Kitty już dawno się z nią pogodziła, a od jakiegoś czasu nawet wyglądała jej z niecierpliwością.
Gdyby tylko Patrick teraz tu był, pomyślała. Nie było słowa nieprawdy w tym, że Cormac właściwie nie miał bliskich przyjaciół poza nią, Patrickiem i Howardem, tym ze swoich trzech starszych braci, z którym dzieliła go najmniejsza różnica wieku. Niedawno uświadomiła sobie, że od katastrofy i powrotu do domu była okrutną hipokrytką i zbyt skupiła się na własnym cierpieniu oraz wypłakiwaniu się na ramieniu Cormaca, żeby zapytać, jak on się z tym wszystkim czuł. A on nic nie powiedział.
Oboje stracili najlepszego przyjaciela, a ona przejmowała się tylko sobą. Niewiele mogła już zmienić, ale wciąż fatalnie czuła się z własnym samolubnym zachowaniem. Poniekąd dlatego też zwyczajnie zaczynała się o Cormaca martwić i trochę głupio sądziła, że jeśli zacznie się nim interesować, to odkupi kilka swoich win. Sęk w tym, że Cormac nie mówił wcześniej, nie mówił teraz i pewnie już nie zamierzał mówić. Podczas gdy Kitty potrafiła całymi dniami rozpamiętywać własne problemy, on rzucał się w wir pracy. Dla niego szukanie sobie zajęcia nie polegało na spacerowaniu po ogrodzie albo obserwowaniu ćwierkających na gałęzi starej lipy ptaków.
— Nie jestem zniechęcony ani znudzony. Może tylko trochę zmęczony. Nienawidzę papierkowej roboty — jego jak zwykle rzeczowy głos sprowadził Kitty na ziemię. — A twoja ciotka w niczym mi nie przeszkadza, choć, przyznaję, rzuciła mi parę dziwnych spojrzeń, ale damy w średnim wieku już tak mają, nie uważasz?
— Uważam, uważam — westchnęła trochę zbyt głośno Kitty, a potem westchnęła tak jeszcze dwa razy. Cormac zignorował jej wołanie o uwagę, zaczął układać papiery i zamknął swój cenny notatnik, w którym wiecznie wszystko sobie zapisywał. Był przerażająco zorganizowany. — Zakładam, że znowu uciekasz? — zapytała, zrozumiawszy, że zbierał się do wyjścia.
— Muszę wracać do Londynu. Howard i Julianna uparli się na małe przyjęcie dla Jessie. Niesamowite, że kończy już rok. Jestem ojcem chrzestnym i muszę odebrać prezent ze sklepu, zanim go zamkną — wyjaśnił, podnosząc się z krzesła.
Uparła się, żeby odprowadzić go do wyjścia. Wcześniej kazała dać znać szoferowi, żeby podjechał autem przed drzwi i odwiózł Cormaca na stację w Iver.
— Mówiłam ci, że przyjeżdżają za dwa dni? — zapytała, gdy znaleźli się już na zewnątrz.
— Mówiłaś — przytaknął.
— Tannes obiecała, że będzie ze mną przez cały dzień, o ile zdąży wyzdrowieć. A ty? Miałeś upewnić się, że znajdziesz czas. — Cormac wbił wzrok w ziemię, unikając jej spojrzenia. Zawsze to robił, kiedy chciał wymigać się od odpowiedzi albo wiedział, że to, co powie, nie będzie satysfakcjonujące dla rozmówcy. — Naprawdę, czasem jesteś niemożliwy! — zawołała, starając się zabrzmieć groźnie, ale co ona mogła, skoro kiedy się złościła, podobno wyglądała jak rozdrażniony mops. Przynajmniej tak twierdził tata.
Wiedział, jak bardzo się denerwowała przed przybyciem wuja i kuzyna. Albo i nie wiedział, w końcu tak zręcznie jej ostatnimi czasy unikał, że nawet nie miała kiedy mu o tym powiedzieć.
— Zobaczę, co da się zrobić — wymamrotał pod nosem i w tej chwili nie wytrzymała. Zaatakowała, jak na rozjuszonego mopsa przystało, dźgając palcem w ramię. — Za co?
— Za to, że mamroczesz — odparła, krzyżując ręce na piersi i odwracając się do niego plecami, niby to żeby zobaczyć, czy szofer już nie podjeżdżał.
Kitty szczerze wątpiła, czy kiedykolwiek zdoła pojąć, jakim cudem ten człowiek zawsze pozostawał chodzącą oazą spokoju. Ona z nerwów obgryzła już wszystkie paznokcie, a on nawet nie starał się udawać, że rozumiał jej problem. Nie wyglądało również na to, by miał ochotę pomóc w jego rozwiązywaniu. Do wszystkiego wiecznie podchodził tak rozsądnie…
Może Cormac nie był tego aż tak świadomy, ale Kitty naprawdę ceniła go sobie jako przyjaciela i nawet jeśli czasem nie traktowała go do końca poważnie, to tylko dlatego, że chciała, by przestał patrzeć na nią przez pryzmat tego, jakie miała pochodzenie. Udało im się już zejść z etapu Kitty — młodszej siostry Patricka, teraz musieli popracować nad tym, żeby Cormac uświadomił sobie, że jej rodzina dawno już straciła dawny splendor, a ona sama była nikim innym, jak zubożałą sierotą, zdaną na łaskę krewnych.
Bardzo potrzebowała teraz mieć przy sobie przyjaciół. Domyślała się, co mogło trapić Cormaca, wiedziała, że, tak samo jak ona, nie odżałował jeszcze Patricka i wiedziała, że oboje pewnie nigdy go nie odżałują, ale życie toczyło się dalej. Świat nie stanął w miejscu. Tego popołudnia, kiedy zatrzymali się na schodach przed wielkimi drzwiami, prowadzącymi do ogromnego holu w Somersett House, naprawdę sądziła, że dobrze zrobi, jeśli da mu znać, jak bardzo był jej teraz potrzebny. I, w pewnym sensie, na swój niezdarny sposób, robiła to.
— No, nie obrażaj się, Kitty. — Cormac nie miał innego wyjścia, niż się poddać. — Kiedy się nad tym zastanowić, to nie mam już tylu rzeczy do roboty, co kiedyś. Postaram się wpaść, zanim przyjadą.
Odwróciła się w jego stronę z szerokim uśmiechem na ustach, kiedy oboje usłyszeli chrupot toczących się po wysypanej żwirem drodze kół.
— Jesteś najlepszy — powiedziała Kitty i byłaby rzuciła mu się na szyję w podzięce, gdyby nie pożegnał się z nią szybko i nie wsiadł do samochodu.
Stała na schodach dopóki auto nie wjechało na ciągnąca się między drzewami drogę do Iver i nagle znowu nie mogła doczekać się tego, co miało dopiero nadejść.
Layout by Yassmine